Dlaczego nie pracuję na Tasmanii

Kto z nas nie miał poczucia, że tak naprawdę powinien był zostać muzykiem, lekarzem, aktorem, fizykiem*, a nie tym, kim jest (*niepotrzebne skreślić)? I dlaczego wielu z nas nie zajmuje się tym, co nas interesuje albo kiedyś interesowało? Po pierwsze – jesteśmy ofiarami fatalnego systemu edukacji, nastawionego na standaryzację i optymalizację. Po drugie – jest wyjście i możemy to wszystko zmienić. Może dla siebie, a na pewno dla naszych dzieci.

Szczerze mówiąc to zamiast pisać tego bloga, wolałabym badać Sarcophilus harrisiia na Tasmanii. Niestety nie zostałam biolożką.


Niewykluczone, że korzenie tego niefortunnego splotu okoliczności tkwią w epoce rewolucji przemysłowej, kiedy to konieczne było ustalenie relacji pomiędzy wynagrodzeniem robotników, a jakością ich pracy. Tworzono więc idealne, wzorcowe egzemplarze wytwarzanych dóbr i porównywano przypadkowo wybrane efekty pracy robotników z wzorcem. W zależności od tego, czy i na ile dany produkt odstawał od wzornika, wynagrodzenie rosło lub malało.

W tym samym czasie pojawił się na scenie pan William Farish. Jeśli ktoś z czytelników cierpiał kiedyś z powodu złych stopni, nie zdał z klasy do klasy lub dostał w nagrodę za “czerwony pasek” zegarek albo Game Boya (link jest dla młodszych czytelników) – może podziękować Panu Farishowi. Gdyż to właśnie ten dżentelmen wymyślił oceny dla uczniów. System ocen pozwalał mu obsłużyć więcej studentów, bez indywidualnego zagłębiania się w meandry ich rozumowana – albo umieli albo nie. Nie trzeba było z nimi rozmawiać, nie było już konieczne sprawdzanie, czy zrozumieli wykład i co o nim myśleli. Łatwo i szybko udawało się sprawdzić, kto się nauczył tego, co wykładowca uznał za istotne. (Nauczyciele byli wynagradzani proporcjonalnie do liczby studentów, którzy zapisali się na ich zajęcia.)

Rodzice ochoczo podchwycili tę konwencję. Dzięki stopniom mogli wiedzieć, jak radzą sobie ich pociechy, bez konieczności przepytywania i samodzielnego zrozumienia tematyki, którą zgłębiały.

Dostajesz piątki (szóstki, literki A, uśmiechnięte buźki, słoneczka) – jesteś super. Masz jedynkę (smutną buźkę etc.) – jesteś kiepski. Co chętniej wybiorą dzieci? Czy ten przedmiot, z którego są słabe, bo dostają złe stopnie, czy ten, gdzie łatwiej im osiągnąć sukces? Odpowiedź jest prosta. I dlatego właśnie nie zostaliśmy tym, czym dzisiaj uważamy, że powinniśmy byli zostać.

Ale niektórzy z nas zostali lekarzami lub fizykami, choć wcale się nie zapowiadało. Czy zauważyliście, że to wcale nie najlepsi uczniowie z Waszych klas, osiągnęli największe sukcesy w życiu? Zagadkę tę rozwiązuje profesor Carol Dweck, która zajmuje się mechanizmami motywacji.

Najprostszy eksperyment prof. Dweck zakładał postawienie dziesięciolatków przed mało skomplikowanym zadaniem, które dzieci rozwiązywały bez większych trudności. Następnie w jednej z grup, dzieci chwalono za inteligencję i talent – “świetnie sobie poradziłaś, jesteś bardzo zdolna”. W drugiej zaś, za wysiłek włożony w rozwiązanie zadania – “ podoba mi się, że włożyłaś tyle pracy w rozwiązanie tej zagadki”. Potem dzieci mogły wybrać, czy chcą robić nadal proste zadania, czy spróbować czegoś trudniejszego. Wyniki okazały się porażające. Niemal 70% dzieci, które pochwalono, podkreślając ich zdolności, poddało się i nie zdecydowało się na trudne zadanie. Z kolei spośród tych pochwalonych za wysiłek, ponad 90% postanowiło podjąć wyzwanie.

System ocen zniechęca do błędów. Błąd i niepowodzenie staja się wrogami numer jeden i uczniowie uruchamiają szereg działań ochronnych. Badania profesor Dweck wskazują, że uczniowie, którzy konieczność poniesienia trudu uważają za porażkę, deklarują, że w przyszłości będą unikać zadań, które dostarczyły im kłopotów, będą ściągać lub poradzą sobie z druzgocącym uczuciem przegranej, szukając (i piętnując) gorszych od siebie.

W późniejszych latach taka postawa sprawia, że w obliczu wyzwania intelektualnego ich mózgi wykazują znikomą aktywność, podczas gdy obszary mózgów osób chwalonych za podejmowanie prób aż lśnią od impulsów. Błąd jest dla nich wskazówką, którą trzeba przeprocesować, na której można się nauczyć i dzięki której można się poprawić. Stad już tylko krok do wynalazku. Albo dwa kroki. Albo siedem. Ile trzeba. Navigare necesse est….

Jeśli chcemy coś w Polsce zmienić w tej kwestii, koniecznie trzeba poprzeć koalicję Dziecko bez stopni. Jako pierwszy krok. A potem będą kolejne dwa. I siedem… I być może nasze dzieci, jako dorośli ludzie, nie będą żałować, że nie robią czegoś innego, niż to, co robią…

PS. Diabły tasmańskie to dosyć paskudne stworzenia, a polscy biolodzy dają sobie świetnie radę beze mnie. Jednak cieszę się, że mogę pisać tego bloga.
Trwa ładowanie komentarzy...